poniedziałek, 29 grudnia 2014

nie postanawiam

żadnych rozliczeń,
niczego. nie żałuję za grzechy,
nie obiecuję poprawy.

nie rzucę palenia, przyjaciół, siebie
przez okno. mogę kamieniem
w wodę, wrogom w zęby.

jestem dobra

w rzucaniu okiem. mrugam
do wierszy, bez zmian. żaden nowy
rok nie wejdzie we mnie z butami,

nie otworzy ramion. byle kto
nie zastrzeli fajerwerkiem.

nie moja wina,
nie moja wina,
nie moja
bardzo wielka wina.


czwartek, 25 grudnia 2014

przemówienie pod tytułem: s'accabbau

jest dwudziesty czwarty ostatniego miesiąca
ze mną gorzej niż zawsze
dokładnie o północy zaczynam
szczekać
ludzkim głosem nad psem
który jeżdził koleją
zupełnie po włosku
albo pod włos
jak siostra
pod tytułem
mio unico


dwudziesty piąty

siostra śpi
więc wracam
do dzieciństwa
tylko chwila
ale kto by się oglądał
na sukienki w kratkę
na fonatannę
na krótko obcięte włosy
przez matkę
która kochała ojca
za bardzo
przeżywam
a ty śpisz


jezus się rodzi

po raz dwutysięczny czternasty
świat zwariował na moich oczach
maria rodzi dziecko
w normalnych warunkach
nie ma baranka
nie ma siana
nie ma trzech króli
na litość boską
są tylko moje ręce
więc je cofam
o te wszystkie lata
żeby oszczędzić matce nieszczęścia
zrobię dużo
więcej
nie zawiążę pępowiny
nie zapalę gwiazdy


foto |"Jezusek" by Monika Ekiert 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

grudzień. odrodzenie wiosny.

zaczynam pękać. zimne na ustach odpada,
gdy otwieram oczy i nabieram czucia.
lubię być wilgotna, więc zalewam
instant.
będzie ze mnie sporo. pożywienia
nie można odmawiać głodnym,
zwłaszcza sobie.
nucę,
jebał pies hibernację
wychodzę spod rynny, a tu taki deszcz.
wszystkie krople na ustach. czujesz?
tylko jakim językiem to zebrać?





niedziela, 14 grudnia 2014

lecę



mam miejsce 
cztedziesci cztery 
prawie jak greta na ręce
brakuje mi kilku zer i jedynki
wyrwanej z kontekstu

bilety kupione online
i z wlasnej woli 
przestaje być wandą
bo kocham niemca

schnell 
schnell 
schnell
przyrzeknij że się nie stłuczesz
na kwaśne jabłko
zasługuje tylko gebhardt

pozbawił mnie ciotek
przesadnie ukręcał łeb
niearyjskim macicom


sobota, 13 grudnia 2014

rozpięte pasy przed lądowaniem. zasłonięcie luster


niektórym przyjaciołom rosną skrzydła. zbyt małe, żeby pofrunęli,
a jednak. grawitacja, to kurewska siła. przyciąga nawet, gdy machamy
rękami. więc staje się 'bang bang', i kto by pomyślał, że piosenka
z kill billa stanie się zakończeniem? córka sinatry nie mogła przewidzieć
takiego upadku. przebaczyć się nie da, że muszę stać przy łóżku
w prosektorium. jest zimno, a ja taka chora na siedem boleści,
chociaż tyle razy widziałam obcych nieboszczyków i wagi
nie przyjmowałam, zwłaszcza do sinych twarzy.
uspokajam twoją matkę, że może tak lepiej i inne duperele,
które wmawiali mi na studiach. kurwa, przecież nikt nie studiuje
nagłych odlotów z vincennes. udaję, że jestem na pogrzebie komedianta,
jedyne, co mi zostało, to zaśpiewanie the sound of silence.

fot własna, by Samuel Tissier  Bang BangThe sound of silence

wiersz bez sarkastycznej puenty z kuferka



zachorowałam. stałam się miłośniczką mężczyzn do czasu
wyzdrowienia. zostało niewiele leków, więc się zamieniam
w zegar mechaniczny i zaczynam wahać. oscyluję na krawędzi
rozsądku. nigdy nie za wiele we mnie chęci drogiego spożywania
w hotel crayon. w bród, w przód i tył, aż do wyniesienia

homara lub na noszach arabskiej księżniczki. pieprzona alergia
na altruizm robi za antidotum. no więc co? niech podadzą. nonszalancję,
mam we krwi. tyle arogancji nie zniesie żadna burżuazja. świata
coraz mniej, a mężczyzn więcej. nie mieszczą się na srebrnych widelcach,
ani na salonach. ich we mnie i tak nie ma. dostaję gorączki krwotocznej

i wcale nie umieram z tęsknoty. przecież w nich jestem i podgryzam
pain perdu. zastrzegam numery, wpisuję na czarną listę. abonentów
jest zbyt wielu w gotowości, z komórką w ręce, a połączenie ze mną drogie,
zwłaszcza lotnicze. więc znowu pełny odlot, tracę i wyrzucam
tabletki. 'poezja lub miłość - to dwie rówieśnice'*. na obie się choruje.


*Emily Dickinson


fot. by Samuel Tissier

piątek, 12 grudnia 2014

afinacja z życia wzięta


odkąd nie żyję, straciłam czucie. na gesty
i błagalne spojrzenia - reaguję zimnem
na ustach. rozsiewam zmarzlinę w miejsce pragnień,
żeby mnie nikt nie bolał, żeby nikt nie przebił
- staję się apatrydą, a więc nie należę
do miejsc, ani do ludzi. do żadnego z domów
nikt nie wniesie na rękach. nie posypie ryżem
nawet żebrak. widzi we mnie dno. przezroczyste
wnętrze zabarwia się nocą, staje się ciemność
prawie wiekuista, kiedy on tak, a ja nie.
wychodzę gdy zasypia, zostawiam mu ambrę,
jedyny zapach na który mnie stać. samotność.

ja, rok 2012 by S.Tissier

czwartek, 11 grudnia 2014

kabaret na troisième rêve

w snach jestem całkiem inna,
zupełnie z polski. nie wyrosłam chyba
jak chcieli. mnie zabrać 
było ciężko, bo wszystkie ściany miały uszy,

jak w mieszkaniu wiery*. nastała ciemność,
raptem siedem lat po milenium
odeszła,  ja od trzech małżeństw
i znowu czekam 

na pierwsze. akordy kadisza ravela
mącą sen. przygodni impresario
pociągają mnie za język
i czarną sukienkę. mam długą

pamięć. o pielęgnacji cery i języka
wiera powtarza do rana;
wszystko rośnie w gardle jak francuskie ciasto, 
zanim się obejrzysz, dopadnie cię

śmieszny medal od gloria artis,
przebiją języki szpilmanów.
kiedy usłyszysz tango notturno,
to wiedz, że to droga na pantin.

*Weronika Grynberg

plakat Wiera Gran

piątek, 5 grudnia 2014

moralność nie baśki. 'sandman'


baśka się nie pieprzy. uprawia seks, bo lubi
nieznajomym zaglądać prosto do kieszeni,
oraz w oczy też. okłamywać, to dewiza,
wiza, karta pobytu, przyszłość na jeden dzień,
albo dłużej. dziś prawie tego nie wytrzyma,
do czasu. spojrzy w portfel, w siebie. zajarzy,
że nie ma z czym, do kogo i po co. powrócić
z niczym, to zły stopień świadomości. dyskordianizm
się słania co roku. bardziej poniżej pasa.

graf. diskordia, michalina czarniecka

poniedziałek, 1 grudnia 2014

stacja metra. ocieplenie



niespodziewanie zaczynam kwitnąć. w grudniu
budzi się we mnie zapach, więc zmieniam barwy
na proste. w takich mogę się podobać.
najwyższy czas wyjść z cienia. na bonne nouvelle

z lampką le bosc'a. w dłoniach
rozniecam ogień,  robi się gorąco
i staję się jednym z tych wierszy.


niedziela, 30 listopada 2014

uwierają mnie weekendy



odkąd publicznie wypruwam sobie żyły
i wywlekam na drugą stronę. to wszystko,
co schowane umiałam kiedyś trzymać. pod kluczem
zaczynam puszczać parę. z ust prosto w zimno.

odchodzi ze mnie ciało i świat się kończy
dokładnie w każdy piątek o osiemnastej.
bez widoku na raj. z widokiem na ciemne,
poniedziałkowe zmartwychwstanie.

A. Staniszewska, performance " Próżnia"

urósł we mne grudzień


Romie Jegor
wszystko zaczyna się od nas
i na nas się kończy* 


nagle. pod koniec listopada poczułam
lód. wchodził we mnie miękko, jak nóż
przecinał gładko wszystkie więzy. z tobą
nie mogłam kraść koni, ani żadnej gwiazdy.

nienawidzę pijanych krzyży
na rozstaju dróg. jacyś obcy w gazet
noszą nas na ustach i zwodzą. mosty
palę dla dziecka i szukam perpetuum

mobile. a przecież się poruszam
całkiem nieźle. rzucam wszystkimi
grudkami ziemi. na całą prozę świata
przysięgam, że się stanę. tylko wierszem,

albo aż.

* - Roma Jegor



grudzień we mnie urósł







sobota, 29 listopada 2014

janette od świętej i smutnej opatrzności



mówiła mi, że do tylu nie można liczyć.
na mężów działa głaskanie i syty żołądek,
no więc liczyłam. do trzech. i tylko ja wyszłam
głodna i nieugłaskana. matka boska karmiąca,

oraz wszyscy święci poszli do obrazów,
gdy ja piersią nijak nie mogłam wykarmić
własnych trzech córek, oraz małżonków
od siedmiu boleści. cała się rozbolałam,


aż po kochanków. przestałam odliczać numery,
a janette do mnie - mówiłam, niektórzy ludzie
są pełni i nie potrzebują drugich połówek.
więc zajrzałam w siebie, a tu żadnej jednej

drugiej. jedna wielka pieprzona całość.



jak babka nie kochała niemców


i chowała się przed nimi w dole na ziemniaki
a oni ją podbierakiem jak rybę i heil hitler
mówili prosto w oczy prosto w brzuch i piersi
rzucali przekleństwem a babka wolała kamienie
zostały do końca w niej i dole po ziemniakach
sto milionów niemieckich dzieci i tyle nazwisk
mieć nie można mówiła ani tyle złego coby
na dobre nie wyszło bo tylko splunęli
i poznała dziadka a on mnie nie i na babce również
jeździł całe życie ułańskim językiem i wpędzał
w dół coraz głębiej aż po ziemniaki zeszła
w końcu i nigdy nie wyszła z alzheimera


czwartek, 27 listopada 2014

magda magdalena wyszła

z testamentu. wiem dużo, ciągłe trzaskanie drzwiami
i zapach farby. strasznie wchodzi w trzewia to,
że kobiecie przemawiać nie wolno, ani żądać funkcji'*,
a przecież jestem niezłą. matematyczką jednak

nie zostałam, bo kto zliczy wszystkie czarne madonny. w marsylii
nie mianowali mnie grallem, nawet nie pili ze mnie wszyscy,
więc zostałam opuszczona przez chrystusów. świata
nie zbawię. siebie mogę, wychodząc z posągu z tuluzy,

bezczelnie staję się świecką magdalenką.


* Tertullian, De Cultu Feminarum, ks. 1 roz 1




Fot. Mikatani Heroko

środa, 26 listopada 2014

jestem hostią



trzeba mnie długo trzymać
na języku, żeby przełknąć przaśność
sytuacji. tyle, że nikt nie policzy
policzków i ciosów. darmowy rachunek

często wydaję. karty i znak pokoju
zawsze był znaczony. kiwaniem głowy
wte i wewte mierzę swój poziom.
sieroty - zawsze są kiczowate i ślepe

jak nowonarodzone koty. jak kuchnie.

foto by S. Tissier

wtorek, 25 listopada 2014

pękają bańki



stosunki rodzinne tylko dmuchnąć
i wszystko się sypie. po przejściach
wcale nie jestem, to ja przechodzę
kolejne etapy zadośćuczynienia.

oni tam, ja tu. i jest mi lepiej
kiedy nie wierzę w duchy
- wierzę w siebie, bo cóż mi zostało,
oprócz spalenia mostów,

paczka winstonów pękła.

a ja nie.



Fot. S.Tissier

poniedziałek, 24 listopada 2014

madame e

pikuach nefesz*

hodowała męża
i dwójkę dzieci na własnej piersi.
on pijak, pociechy żadnej

z jednej córki. wyrosły trzy
wnuczki - laleczki, w tym jedna szmaciana
i chora zbyt poważnie

jak na żydowskie warunki. to oznaczało koniec
dla wszelkich rodzinnych stosunków.
z byle kim, byle chorym
wymienić się organami

nie wypada. być w takiej rodzinie?
ta jedna nie mogła znieść braku oddechu
laleczki. da się wyleczyć, a nawet trzeba
wtedy bardzo mocno nie wierzyć madame e,
ani torze.


* określenie sytuacji, w której zawiesza się zakazy halachy ("negatywne przykazania Tory") ze względu na konieczność ratowania życia ludzkiego. Żydzi ortodoksyjni nie przyjmują tego stanowiska, dzięki czemu ludzie chorzy, wymagający np transplantacji skazuje się na śmierć.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Mukowiscydoza

ponowne pukanie

- kto tam?
- teresa
- jaka teresa?
- z kalkuty
więc otwieram
się cała,
w końcu to matka. od dzieciątka jezus
wszystko nas poróżniło
i jeszcze do tego maria.

udzielamy sobie rozgrzeszenia
i dochodzimy razem
do konsensusu, pomagamy biednym,
chorym. sierotką staje się każdy,
który wierzy

we wszystkie legendy świata. po kryjomu
nie wierzymy w niebo,
wszystko na wskroś niebieskie,
i kiczowate. czasem indyjskie
dzieci tracą uśmiech i zamykają oczy.
z braku szczepionek i dotacji

przestajemy się zgadzać.
co do aborcji i antykoncepcji
jesteśmy poróżnione noblem,
a mimo tego obie plujemy
na nagrody. trzeba zasłużyć
w sobie na siebie.

fot. M. Boryń

czwartek, 20 listopada 2014

nie kneblujcie ust

i macic kobietom, które nie chcą, albo nie potrafią stawać
na niepożądanych przystankach. panuje zima. i w nich
tysiące rozerwanych nitek, żył, po których można dojść
do kłębka, wypruć słowa z miłości, aż po niemoc.

wszystkie podwiązane jajniki
nie załatwią sprawy. ludzkich dramatów przybywa,
kiedy po udach płynie krew,
po policzkach łzy.


Fot. S. Tissier


praktycznie bez teorii



po trzech lampkach wina patrzysz na mnie z lustra
z szyderczym uśmiechem  no a nie mówiłem
niestety pomyłka nie poszłam na prawo
ciągnie mnie na lewo tak jak niedajboże

to już przerabiałam zachciało się zmiany
kobiecie po przejściach na czerwonym świetle
zieleń się odbija lumberseksualnym
który mignął przede mną i trafił go szlag

na ciemnym zakręcie i w ciemną godzinę
gdzie parują pary rozmywamy cienie
razi pomarańczem nie ma czasu skręcić

nawet papierosa nie chce się odpalić
ani samochodu ani tobie w zęby
więc nie ciesz się tato jestem niewierząca


niedziela, 16 listopada 2014

poślizg w czasach węgorzy




właśnie próbuje
być. to może zbyt wielkie słowo,
bo można pobywać, pomachać, zniknąć

nawet nie będąc. na zakręcie
śpiewała już janda. tyle piosenek 
na marne. wycieka przez ręce,
i uszy. pełne wrzasku

można tylko zatkać. dobrą powieścią
márqueza, bo zaraza czai się wszędzie
tam, gdzie nie wierzą 

we florentina arizę. kapitan
może być tylko jeden raz. tam 
i z powrotem przez całe życie.

dostrzegł na jej rzęsach pierwszy
blask zimowego szronu*

ona brała na rękę wszystkich facetów,
a on by jej ten szron.



zdjęcie ze strony:  http://listas.20minutos.es/lista/grandes-historias-de-amor-de-la-literatura-303055/

panna em



           odetnij synku sznur - J. Jabrzemski


z pępowiną jest różnie. nie każdy potrafi
dobrze odciąć, to nie lada 
sztuka. pojawia się wszędzie,

gdzie nie zajrzę. to jakiś dramat,
kiedy lubi się stosunki. międzyludzkie
należą do przeszłości. nieudane związki

z wyciem. a po i co? już tylko szczekanie
może nam przywrócić rysy. kynolog
by się uśmiał.

zróbmy to
za niego. wytresujmy instynkt
samozachowawczy. wypuśćmy na wolność
wszystko, co w nas siedzi.

i nawet nie jebał pies.








SUKA OFF.
apart.art.pl

piątek, 14 listopada 2014

jestem kobietą

szybką. przeglądam się w sobie
i nie nadążam
za zadrapaniami. nowe, więc się leczę
z obrażeń. całe życie
blizny na ręce

przez rozgrzany olej. roztapiamy się,
wszystko rozbija się o gotowanie potraw
i związków. nie mam w tym wprawy,
a przecież mogłabym być laleczką

biorącą do ust
pomadkę w drogerii marionnaud‎.
tylko, że on nie lubi szminek
- szczególnie chanel

wchodzi mu w usta. sama prawda
jest czasem zbyt ostra.
kiedy na père lachaise,
nie kocha się nawet morissona
i wilde'a. czy piaf

zaśpiewa piosenkę?
może. nie żałuję
niczego.


środa, 12 listopada 2014

na szczęście

                                          grażce

nie jest ważny dyplom.
z psychologii bywałałam lepsza
przed rokiem. miałam status szefowej,
doglądałam wyłącznie swojego interesu,

a tych przybywa, zwłaszcza na śląsku,
gdzie pisze roma i gala. może w tychach?
pewnie się spotkamy, chociaż mi ciężko
z dopełniaczami

pewnego miasta. na tę chwilę,
kiedy się zastanawiam
co i kogo tak naprawdę lubię,
i czy to aby pewne,

że zdecydowanie brzydkich mężczyzn
nie polecam pannom przed trzydziestką.
ani siebie - jestem dobra wyłącznie
na sto metrów

sztuki kochania. to zbyt mało
żeby skrócić dystans
do wierszy poety z warszawy.
kocha grażkę i psa. i ma szczęście.

fot. Maria Kuczara

poniedziałek, 3 listopada 2014

purificationis



dziś jest noc, w którą wyszłam pozbawić się cienia,
oraz wszystkich świętych. szukam wiatru w sobie.
przed dworcem śpi z flaszką bezzębny listopad,
dalej kwitną światła, więc odwracam oczy.

wpuszczam ustami przeciąg, lubię jak oczyszcza,
wywiewając ze mnie twarze nieboszczyków.
ciężka byłam od mogił nieznanych żołnierzy,
którzy przegrali w bitwach o szczęśliwe jutro.

przechodzą mi przez gardło kości i kamienie,
zbiorowy grób wszystkich zabitych kochanków.
znów strzelam do gwiazdy i spada pod nogi,
niczego jak zwykle ze sobą nie niosąc.


piątek, 24 października 2014

przymiarka do wiersza miłosnego.



Fuir le bonheur de peur qu'il ne se sauvé - Jane Birkin


ścieram do krwi wszystkie miejsca
w których nie byłam
sobą, punkty odniesienia
tego, czego mam dosyć.

gdybybyś nie wiedział,
nigdy nie lubiłam trofeów, ani martwej zwierzyny
na ścianach; nie zobaczysz we mnie portretów
zmarłych rogaczy. wciąż przybywa

mi lat i ani jednej życiowej mądrości.
trzymam w zanadrzu kota, w ustach sierść,
w oczach wciąż następny obraz.


niedziela, 19 października 2014

stacja koluszki. nie wiadomo kto niesie krzyż.

nie pisz do mnie tak głośno, słyszę każdy błąd
którego można uniknąć. tyle scen zazdrości;
kto w nich zagra, jeśli nam się odechce? ust,
rąk ciepłych i drżących - sufler nie wyczaruje

nic, oprócz kamieni, którymi ciśnie publiczność.
więc zaczajmy się bliżej i szybciej, bez domysłów
podzielmy odpowiedziami, pytania o ślady
na przegubach zostaną za kurtyną. cisza,

wróży lepiej od gwizdów. nikt nie zwróci biletów
za takie występne podróże. Nie będziemy się kłaniać
nikomu. nie przyjdzie do głowy kasjerce, że właśnie
pali się teatr, ogień trawi ciała tym, którzy

umarli z miłości. więc nie pisz głośno, bo widzę
stację koluszki i znowu nie jestem pewna
czy dwoje, to para. dzisiaj znowu ktoś ukradł
księżyc. razem z nim - pocałunki tekstowe.


czwartek, 2 października 2014

postrzał. wypadanie z dysku



facet, z którym byłam - odszedł
na wojnę. nie wiem o co
walczył, ale zabił
we mnie wszystko. wypalone

siły, chęci, widoki na.
przyszłość
jest niezbadana
więc jestem czujna.

czasem

jeszcze jakiś cywil
mnie chce
ustrzelić. nigdy nie trafia
w czułe. a i tak krwawię.

co miesiąc
grzebię kolejne
niezdarzenie
- urojoną ciążę.

graf. na de reden, eddy stevens

środa, 1 października 2014

pytam jesień



czy z każdym październikiem muszę wi(e)dzieć,
że ojciec nie żyje?

a tak dobrze wyglądał. na zdjęciu
rentgenowskim w miejscu głowy
- zadomowiony rak,

a później trzydzieści pięć kilo
w trumnie. smród,

znów wymiotuję liśćmi.
fot. A. Piekarczyk

niedziela, 28 września 2014

głębokie czucie latania. propriocepcja




w tym wierszu jestem oleńką, mam dwadzieścia lat
i siedem, na dziewięć zmysłów. mieszkam na szóstym
piętrze. mam problemy. gdy śnię, jestem olgą,
nie ma marty - moich rąk i nóg. we śnie żyję.

krzyczę i niewiele mogę. powiedzieć, że nie trzymam
moczu i śliny? no właśnie, dostałam okres
i śmierdzę, bo marta nie wie. ona mnie kocha,
bo nikt inny nie jest w stanie. zrozumieć mnie

trudno. a marta podoła, chociaż nie umie
zatrzymać męża, przeklina, gdy zdarza mi się
robić pod siebie. żal mi jej, odbiera wszystkie
bodźce przecież, lecz wolała zamknąć się w sobie.

do południa jestem sama, zamykam oczy
przed oknem. nie znoszę ich oglądać, potrafią
biegać i chwytać. za serce, za krtań. dziczeję
od wewnątrz, padaczka robi swoje i kończy.

a dzisiaj marta wróciła wcześniej, w skowronkach
na pozór cała, jakby chciała ukryć czarne
coś, o czym obie marzymy. otwiera okno
i wypuszcza mnie na wolność. staję się olgą.


fot. MaxModels, Aldona

niedziela, 21 września 2014

kobiety z tytułem i bez


uwierzysz? każdego dnia wychodzę. z siebie,
zostaje mi niewiele okruchów. po winie
tylko wspomnienie na języku. myślisz, że jestem

na dnie? torebki, perfumy i markowe buty
biegają po ulicach. przyciągają wzrok, pachną,
tupią. a ja z nimi. pozbawiam się oddechu,
instynktów. przestaję widzieć w ciemności.

nocą, na porte de clichy - najświętsze panienki
dają rozgrzeszenie. za dwadzieścia euro
- komplet doznań. każdemu według potrzeby
i portfela. od tyłu i przodu, od ust do ust, 

roznosi się smród prawdy. nie ma jednej,
każdy chowa ją głęboko. znowu zasypiam
sama. i wtedy czuję, jak rosną mi kły.
chowam sierść przed świat(ł)em. wyję.

fot. internet

wtorek, 9 września 2014

skrzywienie bez kolebki

Dotknij mnie - a poczujesz pod czubkami palców
wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie
- Josif Brodski

dzisiaj nie potrzebuję wylizuję rany
sama w pustym mieszkaniu zabawiam się w kota
można dostać powiedziałeś będąc na zakręcie
z jandą przepaliłeś noc wróciłeś nad ranem

na śniadanie na obiad na czyste posłanie
położyłeś obcego który we mnie wchodził
mocno aż przestałam czuć że właśnie umiera
coś co mieszkało we mnie ze mną już nie żyje




niedziela, 7 września 2014

migotanie gwiazd i przedsionków

pierwsze umieranie


to było w tanim motelu
pod zebrą gdzie siliłam się na romantyzm

paski rozpinały się same


za oknem księżyc dłubał
w oczach tysiące świetlików
raziło prądem od kontaktów
zwłaszcza bliskich


a oni mieli w dupie
wszelkie moje znaki
oprócz krzyży


pańskich tam nie było
może i dobrze bo kto by całował
trupa


fot: rybi trup, A. Gawlińska




poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"józek, nie daruje Ci tej nocy"

wersja demo, w której ona jednak daruje
mariannie, która zasłużyła na wie(r)sz, albo nie.

I

józek zszedł bardzo nisko. nad ranem
odeszły z niego procenty;
ostatnie, na które liczyła
- utonęły na budowie.
alkohol źle wpływa na polipy
w nosie. odcinają żywotność.


II

ma - rysia, albo norki, w których
nie mieści się w drzwiach.
małe, wszystkowidzące oczka
dopełniają czary.
a przecież nawet nie jest z salem,
- zwykła czarownica z nero d'avola.
w sumie bywała oszczędna
w słowach; nie znała znaczeń
wielu. aż dziw brał, gdy płakała,
zastanawiała suchość oczu.
stawiali na wystudiowany lament,
bądź  xerophtalmię.


III



a można po prostu wyjechać na sycylię,
spotkać nowego kandydata
na męża, w końcu trzeba wejść
lub przetańczyć całą noc.
zwłaszcza sycylijską.



środa, 6 sierpnia 2014

terapia z (niebo)rakiem w tle

egzorcyzm pierwszy
siostrze

a mówiłam, nie wierz ojcu
- zwłaszcza niebieskiemu. ptakowi
nie zagląda się w dziób i wysługę lat;
jeśli nie trafia gdzie trzeba,
wyrwij korzenie lub skrzydła.

znalazłam drogę, która nie prowadzi
do rzymu. nigdy nie było czasu
żeby się przeżegnać.
więc nie żegnaj się ze mną, siostro,
bo nie jego wola, ale twoja.


piątek, 1 sierpnia 2014

pod wpływem suczenia



za każdym razem, gdy odmawiam przyjśca - zostaję
suką w ich myślach. a przecież nie mogę sypiać
ze wszystkimi, którzy są śnięci.

i mówią, że jestem piękna, i mądra, i że pragną
do czasu, kiedy muszę się odkręcić na pięcie
i posuczyć, bo mam w domu dzieci.

ważniejsze od frajerów, którzy chcą mieszkać
w szesnastej dzielnicy paryża.
i tylko ta sukość w ustach.


piątek, 4 lipca 2014

śniadanie. niekoniecznie na trawie

każdy daje się nabrać na wystające kolce.
wpadasz i wychodzi z ciebie zwierzę,
urażona duma, pewnie edouard wiedziałby
co jeszcze. mogę zrobić dobrze.

jutro wyjeżdżam na urlop;
przebieram się za laleczkę, więc biorę do ust
- pomadkę,
do namaszczenia ciała
- olejek.
prowizorycznie pakuję szpilki.

dasz wiarę? same ze mnie wychodzą.
chociaż, kiedy zamknę oczy, wiem,
że nie umiem się zaszczepić
na ten rodzaj głodu.

Edouard Manet - Śniadanie na trawie

czwartek, 3 lipca 2014

amore post mortem


/nikt mnie nie szuka albo szuka nie ten przed kim się ukrywam/

wiesz julio jak to słodko spotkać nareszcie
romea dotykasz palcem szczypiesz oglądasz
ciało w prosektorium nie protestuje sztywno
stawia opór widokom na przyszłość i wyżom
demograficznym ukręca kark jednym zejściem

a tobie coraz bardziej słodko w ustach członek
podobno słynnego stowarzyszenia biznesmenów
wszyscy go znali już nikt nie przykłada palca
ani lusterka do ust i tak mu chujowo 
z odcieniem zielonych kafelków na twarzy

/ten mnie nie szukał bo nic przed nim nie ukryłam/

ani dzieci ani trzech małżeństw a nawet
pochodzenia i nie da się ukryć że słodycz 
przebrała miarę weźmie krawiec oby szybko
odciął głowę bo głupio rzygać w cztery oczy
kiedy tylko ty posiadasz odruch wymiotny

Obraz, Rene Magritte

środa, 2 lipca 2014

z ostatniej chwili


powoli dopływam do końca urlopu
ratownik (chyba z nudów) puszcza oko
w moją stronę morze pluje pianą
i resztkami po turystach

obok mnie mademoiselle
po sześćdziesiątce opłakuje piąty rozwód
i niestrawność yorka
dalej - kobieta z piątką dzieci
smaruje olejkiem odleżyny męża

powinnam być szczęśliwa
jestem tymczasową właścicielką
czterdziestki i lata wpompowanego w materac

na horyzoncie żadnej butelki
z listem a szkoda - byłam gotowa
potwierdzić odbiór

sobota, 17 maja 2014

paliatywnie


ojcze mój, któryś nie jest w niebie - tylko w ziemi,
nie myślę o tobie co dzień i rzadko od święta.
zerkam na fotografię, z której patrzysz dziwnie,
bo jeszcze po ludzku. dziś przyrządzam odtrutkę

na kadawerynę, zmieniam rozkład planów, by
krzyżować twoje nietrzeźwe proroctwa. widzisz?
życie potrafi odejść boleśnie od kości;
ja odeszłam wcześniej - grzeszna, pierworodna. w noc

ślepą jak ulica; nie raz zabłądziłam, to
cud wyjść na ludzi. wtedy się potrafi współczuć
i wybaczać każdy raz. ostatnia posługa,
ojcze mój, któryś nie jest, bo nie potrafiłeś.



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"oraz, że cię nie opuszczę" śpiewać koniecznie cienkim głosem


teresa kocha męża, nawet jak ją boli
raz po raz każdy zadany raz w następne
dni, razy nieskończoność. to przecież miłość jest
do śmierci, albo do życia. granica cienka

- rozmywa się. widoki na lepsze wymadla
u matki boskiej nieustającej pomocy;
nie ma co szukać, bo u kogo rośnie szczęście,
ten nie widzi u innych guza. mózgu nie ma

jak popije - mówi - dobry z niego ojciec.
dzieci kocha i do kościoła chodzi na mszę 
wmawiać bogu, że kocha. teresę najbardziej
boli, że wszystkiemu jest winna. ona sama

o razy się prosi, więc ukrywa kolory
na twarzy. długi rękaw dla niepoznaki,
i język za zębami, bo teresa kocha,
a i dzieciom ojciec przecież potrzebny. puenta?

popatrz, może być bardzo głęboko schowana

|
|
|
|
|
|

tu leży teresa, co kochała męża.



niedziela, 30 marca 2014

siedem dni bezmięsnych. obmywanie rąk.


Myślimy: od jutra będziemy żyli naprawdę.
A przecież to już życie i niejeden z nas jest już martwy na dobre - Julia Hartwig
 

pani julio, proszę mi nie patrzeć na ręce,
już dawno wypuściłam na wolność kajdanki.
dzisiaj tak trudno bywać tam, gdzie nikt nie czeka
na oklaski. brakuje nam siły na słowa,

a więc zostają gesty? ciąć ostro i do krwi
każdą sekundę. niech z ust wysypie się popiół;
nikt się już nie obróci, znikną słupy soli.
myśli pani, że łatwo oczyścić się z ludzi?

mówią do mnie wszystkie języki, które znam,
tną od gardła po pępek i szukają skrzydeł.
niech mi pani wybaczy, nie umiem nawet zwariować,
stanąć na dachu i pofrunąć. wrócić do siebie.



środa, 26 marca 2014

koszerna długość włosa


"Il y a une chose plus terrible que la calomnie, c'est la vérité". 
- Talleyrand

babka mówi, że nie ma ogniotrwałych żydówek,
taką może rozpalić byle mąż, byle piec.
ledwie podrośnie i ktoś ciska iskrą

w piersi i usta, pokazuje palcem
podłogę i życie zaczyna się tlić.

wtedy trzeba zakryć włosy, palą się najszybciej.
babka pamięta żywy ogień, jest pewna
że bardziej od krocza, paliło gardło

coś, czego nie można dotknąć,
co z nas uchodzi. jak z komina.


niedziela, 23 marca 2014

strefa wiosny. niespełna rozumu.


świetnie się wyrodziłam, odstaję o głowę
od reszty rodziny. zakrzywiam linię prostą
do granic możliwości. spójrz, przeciągam strunę.
genetyczna ułomność zdobywania wiedzy

w teorii i praktyce, jak w księdze Mallanagi
- apetyt ciągle rośnie wprost proporcjonalnie
do konsumpcji widoków na wiosenne wzloty.
a więc oczy widziały! nie szkoda ci serca?

chcesz? jeszcze raz przejdziemy przez ludzkie pojęcie,
znowu wisi nad głową kolejny mezalians;
bywam źle ułożona. na trawie, nad rzeką
szukam stref erogennych, dotykam cię myślą.



sobota, 15 marca 2014

starsza kobieta i może


boże, który obdzierasz mnie z kolejnej wiosny,
siejesz wiarę w zielone, przypisując sobie
burzę wszystkich hormonów. to nie ty nakręcasz
biologiczne zegary. powszechne zgłupienie

rozwiązuje poglądy, oraz obyczaje
chowane podczas zimy w rozciągniętych swetrach.
znów wiosenne pylenie wchodzi w nos i usta,
pozbawia mnie nareszcie chleba powszedniego,

dając w zamian alergię na wszystko, co twoje.
a więc nie odpuszczaj win, na pokuszenie wódź,
nie zbawiaj mnie od złego, a ześlij globalne.
ocieplenie jest lepsze, wierzę w to. nie w cuda.


niedziela, 19 stycznia 2014

zim(n)a


wiotczeję od zewnątrz, lecz nigdy od środka, gdzie
napięte żyły trzymają na wodzy szybsze
bicia serca. jeszcze na lusterku resztki krwi
i pary skraplając się, łzawią - choć oko nie

płacze. kiedyś było łatwiej mówić prozą, szept
zamienić w okrzyk o jeszcze i więcej: seksu
i miłości, rozumienia bez słów, czytania
nad ranem brukowców świeższych od croissantów. tak

przecież być może, gdybym potrafiła odkuć
przemarznięte palce i ramiona. uwierzyć?
lecz komu? w siebie coraz trudniej, kiedy zimno
wychodzi na spierzchnięte usta, kruszy język.

19.01.2014

odczarowanie wiosny

wiosna znowu mnie namawia żebym uwierzyła w życie po śmierci będzie nieskończenie wiele czasu na wiarę większą niż świadectwa rozczarowani...