niedziela, 17 listopada 2013


matka grzeszna od diabłów


nieuleczalne choroby lęgną się w zwykłych domach,
lub brzuchach. trzeba w nie wierzyć jak w wyrocznię; 
właścicielom nawet przez myśl nie przejdzie priorité.

trudno zacisnąć małe piąstki przy każdej utracie
oddechu.  w bliskich zadośćuczynienie
albo resztki  tlenu. matki, znaczą mury szpitali

czerwienią. słychać modły o wzrost umieralności
dawców compatibles. bóg i choroby głuchną; wtedy
grzmi z ambon i bliźnich oczu. syczą kasy chorych.



Obraz, Geoffroy Henri Jules Jean—Enfant malade et sa mère

czwartek, 14 listopada 2013

 Zaległa korespondencja


- to nie ja nauczyłam się wysysać z palca
                                                                                       historie, w których mnie nie było.

ode mnie strach się wyprowadził ,
chociaż mam ciągle duże oczy i śniadą cerę.

ostatnio prowadzimy tylko rozmowy
o chorobach, zdartych kolanach dzieci;
obie z perfekcją omijamy temat tabu.
przeżyję, patrząc ci ciepło w oczy.

                                                                               tak łatwo nauczyć się słowa - kocham,
                                                                      a tak trudno znaleźć to, co do niego pasuje.

od czasu gdy napisałam, że lubię ludzi stamtąd
- skurczyłaś się i zamilkłaś.
odtąd wywracam siebie na drugą stronę
tylko w pamiętnikach. nigdy się nie dowiesz
jakie są pojemne.

wróżyłaś, 

- pokażą języki, gwiazdy i skreślą jak ciebie.
z punktu fotela w kamienicy na Rue Paul Delaroche
jest bezpieczniej. zawsze można polizać palec
i odwrócić stronę.

czy wszystkie improwizacje
są zakazane, jak usta, których nie dotknę?
życie w mojej głowie wcale nie jest łatwiejsze, niż tam,
gdzie być nie mogłaś. stamtąd musiałaś odejść.

ze mnie - wyszłaś dobrowolnie.

Z racji zawodu (interruption volontaire)


Pani Veil, jesteśmy w podobnej sytuacji,
obie będziemy mieć na sumieniu amputację.
Ile razy można dawać dupy?

Pani usunie ciążę, ja - rymy.
Nie można w nieskończoność płodzić
kalek. Lepiej uśmiercić w zarodku.

To dopiero pierwszy trymestr, ani to człowiek, 
ani wiersz. Proszę rozszerzyć nogi, 
nie policzymy nawet do dziesięciu.

polowanie


pani Beauvoir, to proste 
- mam problemy z życiem w stadzie, 
okrążam wszystkie jednorożne, wierzę w pary. 

łukiem prostym pod triumfalnym strzelam. cel 
poroże, a pod rogami zapach gucci i pustka. 
to straszna porażka, pani Beauvoir; 

za każdym razem cierpliwie czekam, 
nie spełniają, popełniam 

morderstwo. nie jest przestępstem 
gdy współżycie wchodzi  w zęby 
i krwawią dziąsła. 

dziewicom nieorleańskim

woltyżerkom bez wsparcia w siodle
pannom wiecznym i młodopolskim
dziedzicznie obciążonym prawem 

do ciąży i ciążenia

właścicielkom zaschniętych źródeł 
śniącym o zbliżeniach fejsbukowych
fotoszopowych rewolucjach
harlekinowych reinkarnacjach


wieczną grzybicę 
racz im dać panie 

obojętnie który


środa, 13 listopada 2013

mniejsza o tytuł



Dans la vie il faut savoir compter, mais pas sur les autres.
                                                         Paul-Jean Toulet


madame stella isabelle kocha ludzi bardziej 
od antyków. woli meble contemporaines,
wykonane w skośnych krajach. dla każdego
pracownika miskę ryżu; bilateralna korzyść.

warto awantaż chować za kulisami.
arierscena niech będzie pochwalona;
widz nie widzi , klaszcze na wieki wieków,
podziwiając charytatywną sztukę 

sklejania meblościanek i końca z końcem.
trzy tytuły przed nazwiskiem dają prestiż,
choć po chińsku - doktor, brzmi jak cochon.
niezależnie od przedrostka, świntuszymy

hojną ręką wysyłając napiwek na szczepionki.

Czas na Kol Nidrei


Posłuchaj, zaczęli dąć w szofary. Prastarym zwyczajem 
rosną źrenice i ciarki na grzbietach. Gdy nadchodzi kobieta, 
spuść wzrok, miewa niekoszerne uda i usta. W biuście falują grzechy. 
Będą wołać - diaspory łączcie się i wydajcie plony. W skażonych 
ciałach urodzą się obawy, z koślawych ścieżek wyjdą węże. 

I coraz ciężej będzie na ramionach, ale ona udźwignie, 
bo nie wierzy w duszpasterzy i świąteczne nagonki. 
Nie zastąpi karmy głową zwierząt, a nierząd nie w niej, 
ale w żądnych złota iskariotach. W górze otwarte księgi, 
przysięgnij, że nie chcesz żadnej rzeczy która jego jest. 

Wśród klęsk i zwycięstw - wybór jest jeden. Starym credo
się podpierasz, maczasz jabłko w miodzie. Na co dzień 
kąpiel w mykwie zmywa prawdę i krew. W dole śmiech, 
kwef dla niepoznaki, a łaski znikąd. Dzikość.

tartaczna

ciotka stella kochała drzewa. im większe, tym bardziej. 
wzrok nie sięgał do koron, liczyły się grube pnie. 
dałabym głowę, że widziała w nich przyszłe szafy, 
serwantki z porcelaną i opasłe kredensy. 

co rok obrastała nowym słojem tłuszczu i kontem 
w banku. kiedy zdrewniała, zaczęły drążyć ją korniki. 
nie da się ich zabejcować - powiedziała matka, 
infiltrują od głowy, zabierając wszystkie zyski. 

poznałam większość bolączek i niestworzonych historii. 
wysyłała je w korespondencji razem z plotkami 
i przepisami na choroby. w każdej skrzętnie ukrywała 
kota, ale listy z sierścią mówiły za siebie. 

w dziewięćdziesiątym piątym wspięła się na akację, 
chcąc karmić piersią zdziwione gołębie. 
wyglądała dziecinnie w zielonej koronie. za rok wyszło 
na jaw, że drzewa można pociąć na deski do trumny. 

wieko koniecznie z reliefami - zarządził ojciec. 
Do zgryzienia

Orzeszku, przyrzeknij, ze nie jesteś pusty, 
a dziurka na świat nie świadczy o wyjściach. 
Że zanim cię wezmę do ust, przełknę ślinę, 
połknę bakcyla - nie pokryję się pajęczyną 
i drobiazgowymi łzami. Drążenie boli jak poród,

pierworódkę - pierwiastkę prowadź do celu. 
Oderwij wzrok od blizny - tarczki, matki. 
Instruuj strzałkami, korytarze wydrążę sama. 
W skorupce powinno być przytulnie. 
Potrafię się wgryzać i zostawać na dobre i złe.

Można jeszcze zaszumieć drzewem, 
póki zamiary i wiara nie wyschły. 
Spróbujmy od nowa. Udam że nie wiem 
o innych ustach, językach i zajściach. 
Będziemy pić z łupinek i kołysać gałęzie. 
Tylko obiecaj, że już nigdy nie będziesz pusty.

koniec

Wszystkim wydaje się, że dojrzałe związki rozpadają się spektakularnie. Musi wydarzyć się coś bardzo złego. Zdrada, kłamstwo, coś nieoczekiwanego. Tymczasem ludzie rozstają się zwyczajnie. Najpierw przestają trzymać się za ręce. Później giną spontaniczne pocałunki, poranne dzień dobry, wieczorne dobranoc. Każde udaje się do własnego świata. Na samym końcu przestają w ogóle ze sobą rozmawiać. I wtedy jest ten prawdziwy koniec, nie ma już czego zbierać. Tak zwyczajnie, po prostu.

c.d.n.

niedziela, 10 listopada 2013

do lepiej

zerwałeś gruszki z wierzby? już dojrzały. 
czas wyrwać korzenie i jechać na zachód. 
tam, nie syczy w kieszeni i rano bóg daje.

zimą jest cieplej z 'eurośniegiem'.
tylko 'wimięojcaisyna zostaw w domu,
tam imiona mają twardsze brzmienie.

historia lubi się powtarzać. chociaż
dzisiaj na roboty jedziesz dobrowolnie.
jeśli jest miejsce - zapakuj klej do ust,

wciśnij między konserwy a smalec
na odciski. chwilowo zapomnij
skąd jesteś i zdejmij garb z pleców.



wewnątrz - interwał ciszy

pierwsze promienie sączą się do gardła razem z kawą; w głowie refleksja: im bardziej z tobą jestem, tym bardziej mnie nie ma....