poniedziałek, 19 lutego 2018

instrukcja obsługi śmierci

wszystko możemy spisać w turystycznym folderze,
krok po kroku, słowo w słowo (gesty też są ważne);
małe wprowadzenie dla adeptów życia aż do śmierci
umieszczamy w przedmowie, że się urodził i oddycha.

trzeba go szybko zepsuć, włożyć w usta cytaty i zapożyczenia.
niech czyta, ogląda, niech plami ręce wątkami skatologicznymi:
im bardziej śmierdzą czyny, tym głośniej będą mówić.
pal sześć sensualizm i bogactwo neologizmów, czysta

psychopatologia życia codziennego jest na samej górze.
niech mu życie będzie bogate w przemoc i zboczenie,
by ciekawie umrzeć, nie tracąc pełnego dystansu
wobec fikcji na  pogrzebie. będzie tłumnie, po pogrzebie sławnie:

oto odszedł typ artysty spełniającego się w kontakcie z szeroką publicznością. co komu po cichych, prawych, kto o nich pamięta?
garstka ludzi, garstka ziemi. widzi pan, powiedzmy ten sosnowy las? jednym szumią książki, innym szumią trumny.




niedziela, 18 lutego 2018

wcale nie pericope, wcale nie adulterae

jestem magdaleną z zachodniego brzegu jeziora;
dla marynarzy rybą i łodzią, przystanią i zgubą,
ciepłym piaskiem przy porcie w magdali.

chociaż tak naprawdę wcale mnie nie ma. nikt
nie będzie świadczył przeciwko mnie. w tym wierszu
nie ma dowodów na to, że kiedykolwiek jawnogrzeszyłam,

zajęłam ci czas, miejsce i dłonie po ostatnią wietrzność
w masztach, że zapamiętasz szum i wilgoć, sól na hipostrakum
po owoc poznania dobrego i złego – kiedy dotkniesz perły.

nabieram ciebie i wody w usta, gdy wodorosty ściskają mi krtań,
próbuje się uwolnić i ciąć na fragmenty tafle wody i luster.
obrastam szorstką łuską, ale uwierz, w środku jestem ciepła.

nawet jeżeli wiszę kamieniem u szyi, potrafię ujść na sucho,
w ostatnim momencie przegryźć linę. uratować ci życie.


sobota, 17 lutego 2018

podróż dookoła siebie

„Ktokolwiek przez nieuwagę czy nieudolność powstrzymuje choć na chwile 
marsz ludzkości, jest dobroczyńcą” - Emile Cioran

nad nami smugi kondensacyjne przecinają się ze słupami wysokiego napięcia,
wyliczając współrzędne życia. w przybliżeniu powinno pojawić się gdzieś tutaj
choćby pole minowe kiełkującej pszenicy. tymczasem pod nimi ludzie i robaki
wiją się w wyścigu o nie wiadomo dla kogo lepsze jutro. od klęczenia rdzewieją
im kolana, od kłamstw rozdwajają się języki. od dyplomów puchną brzuchy.

może mi pani napisać wiersz o sensie?
sens jest taki, że ze wszystkich rzeczy, które wynajduję, najlepsze są preteksty,
żeby się obronić przed obserwacją teleskopem spitzera kopulujących marsjan.
wie pan, już nie pamiętam jak wygląda prawdziwa twarz człowieka.


piątek, 16 lutego 2018

w mowie i uczynku

bywała niepełna choć pewna całości kpiąc
z 'na zawsze' usuwała ślady stóp z zimnych posadzek
czy można wymazać chwilową obecność
zapomnieć o cyklicznych mrugnięciach żarówek
ile lat można niańczyć w sobie pustkę

nadal jest niepewna pełności bo cóż wie o byciu kobietą
ma tylko ciepłe zamiary dłonie pocięte od chwytania za sznur
i mężczyznę który odbiera jej sen

pewnie leżysz w jej snach wśród niewypowiedzianych metafor
a ona niemym krzykiem woła żebyś ją odrysował
na zawsze gorącym oddechem w pościeli



czwartek, 15 lutego 2018

gołębnik



możesz przyłożyć ucho pod skórą usłyszysz gruchanie
chociaż nie można wziąć pod skrzydła i zabronić lotu
miejsce i pokarm jest tylko układem odniesienia
kiedy karmimy się wzajemnie udawaną wolnością

wszystkie rzeczy które przemilczam są nieprzyzwoite
i potrafią spadać z hukiem który mam do oddania
możemy się w sobie ukryć ale czy potrafisz
trzymac za zębami dawno rozsypaną sól

za oknem cukrowy śnieg więc ludzie sobie słodzą
chociaż wszyscy parzą się coraz rzadziej w parze
pomyśl ile trzeba odwagi żeby powiedzieć prawdę

człowiek nie potrafi ani kochać ani żyć bez miłości
kiedy tylko przestaje wierzyć i wysyłać listy
zaczynają się rodzić martwe gołębie


czwartek, 1 lutego 2018

Z wizytą

Jutro do ciebie zajrzę. Najzwyczajniej zapytam
o domowe ognisko, pracę męża, rozbite kolana
dzieci. Opowiesz mi o wspólnym śniadaniu,
o słońcu, które wpada prosto do kawy.
Będziesz mi patrzeć w oczy i mówić,
że sama pieczesz ciasto i prasujesz koszule.
Dyskretnie schowasz za siebie dłonie,
i uśmiechniesz się inaczej niż kiedyś.
Obejrzę zdjęcia ślubne, łóżko w którym
oddychacie sobą. Powiesz, że kochasz.
Tak, to będzie jutro, kiedy się dowiem,
że nic tak naprawdę nie mam.


czasami historie są ciemne

jak noc kryształowa

dzwoni do mnie z zaświatów
stella kübler mówi że mogłabym być
jak ona to łatwe
mam taki aryjski wygląd

mogę szmalcować każdego
wsadzam w kubeł
mordę

nie mówię niczego
chociaż mijam się z prawdą
nie lubię propozycji współpracy
z gestapo trzyma tylko greiferin

rodzina się pali
rolf isaaksohn umiera
ze śmiechu idę prosto
do nieba mi za daleko

leżysz


Myślałam, że dawno umarłeś, ale 
gdybyś był martwy, albo przynajmniej snem, który się wypełnił,
twoja twarz wyglądałaby inaczej - A. Zbierska


jak nieżywy koło mnie zalęgło się zimno,
na ustach jeszcze posmak
dobrego.
nigdy nie dosyć, a i tak się kończy
happy endem dla jednej ze stron
nie ma powrotu. zdecydujemy się?
wtedy musiałbyś obudzić się i żyć,
a tak, tkwimy we własnym kirkucie.
wychodzę z siebie, nie składam kości
ani przysiąg małżeńskich. na wiatr
przemijamy, a ty śpisz.

kończą się

we mnie wiersze. na dodatek
przybyło mi strachów na wróble.
wystarczą wielkie oczy,
żeby zajrzeć, zamienić życie
w śmierć. odfrunę niedługo,
potem niech mnie rozdziobie,
jakiś ptak. wbija we mnie szpony.
będę umierać w ciszy.
za twoją ścianą.

zmiana czasu na zaduszki

zmienili godzinę ostatniej nocy
i tyle. żadnych innych zmian,
nawet sąsiad ciągle na trzecią.
ubyło ciemności, więc mniej się kręcę
w dzień. obserwuję niepełnych,
bo pełnia dopiero szóstego listopada,
w dzień urodzin córki. stawiam krzyż
na jej ojcu i na wszystkich innych
połówkach. tłumaczę sobie: jesteś
całością, nie potrzebujesz dopełnienia.
i w końcu staję się przeraźliwie wolna,
niepodzielna i pojedynczo umieram
z braku zależności.

piętno

mam dwie lewe ręce oraz umysł dość średni
średnio się też przykładam do pracy fizycznej
trzeba mieć natchnienie albo dary od królów
a mnie raczej nigdy nikt niczego nie dawał
tak sobie raz myślałam co by było kiedy
musiałabym zarabiać na życie rękami
popracować na akord kiedy nie mam słuchu
percepcję sensoryczną przełamał mi ojciec
ogniskiem zapalnym dość cienka spekulacja
intelektualna kiedy cieknie wciąż z rany
i żaden opatrunek nie ujmie was wszystkich
dzwięków mi potrzeba możecie zagrać skrzypka
na dachau mnie poznacie po pierwszym numerze

mogę

bez herbów drzew posadzonych przez mężczyzn ściętych przez kobiety taka ja pierdolę historia beznadziejna moja ani Polka ani matka święta ani kurtyzana z kamelią i gruźlicą (żadna opera ani nawet mydlana) - Genowefa Jakubowska-Fijałkowska

wyjąć sobie żebro, podzielić się z tobą
prawdą jak opłatkiem, wypić krew i wino.
z trudem uczę się znaków w pokoju;
to tutaj po omacku dzieliłam łóżko
z byłym podmiotem lirycznym. mieliśmy wspólne
problemy natury egzystencjalnej. nawiedzają mnie
w snach, co noc kłócę się z kierkegaardem;
co taki duńczyk może wiedzieć o poetce
ze śląska? - czy to tam kobiety palą
mężczyzn na stosach? pękają ze śmiechu,
gasząc niedopałki? nie do pomyślenia.
ani to wiara, ani etyka. kiedy chorujemy
w różnych krajach, na śmierć zapominamy umrzeć
choćby we własnej puencie. sklepać trumnę,
skoczyć w dół. w sweter z ciucholandu i pachnieć
absolutem. zalejemy robaka, rozerwiemy pierścienie,
taki, kurwa, performance na farbowane włosy,
na jasne i ciemne oczy, na wszystkie anny,
nawet frank, na gojki i nasze dzienniki.

wiersz bez twarzy


to będzie męski wiersz pełen odważnych słów
nieznoszących sprzeciwu oto jestem wiem i mam
to będzie wiersz krótki jak wytrysk 
na który czekasz patrząc na nią od tyłu
to będzie silny wiersz bo faceci nigdy nie płaczą

w tym wierszu będziesz tysiącem innych
twarzy ukrywających prawdę o sobie
będziesz znawcą od alpinizmu do holokaustu
będziesz na pokaz żeby cię nazwali
bo nie pamiętasz imienia swego

będziesz na podobieństwo ludzkich oczu i języków
to będzie wiersz w którym się nie przyznasz
i zataisz fakty że stoisz sobie ością w gardle
ale on się od ciebie odwróci przy puencie
odmrozi ci dłonie i podpali włosy


anka ance

ania ma raka, a rak ma anię,
taki elementarz, z którego uczymy
się o ca sto dwadzieścia pięć.

najgorzej jak rośnie w nas zło
a my, tacy dobrzy i pełni wiary.
pomogę ance, pomogę. wyślę
jej avastin.

pomoże.

pomorze. to jest myśl z jodem
i zdrowym powietrzem,
więc uwierzmy w bajki.
jestem siostrą anki,

jestem anką, jestem słowem,
z którym jej lżej.


odczarowanie wiosny

wiosna znowu mnie namawia żebym uwierzyła w życie po śmierci będzie nieskończenie wiele czasu na wiarę większą niż świadectwa rozczarowani...