środa, 31 stycznia 2018

o tym jak nam z nami jest do wytrzymania

nakładamy na siebie blizny metodą decoupage
krążymy we własnym epicyklu ruchem wstecznym
udajemy że zatrzymujemy policzone nam godziny
spójrz nie widać horyzontu więc może jeszcze nie czas
na to że złapie nas za gardło ciemna paszcza nocy
stąd widzimy tylko zimny i nagi listopad aż wstyd
mieć nadzieję na wybuch wiosny w przyszłym roku
i odnowę procesu tworzenia się naczyń włosowatych
chociaż popatrz tysiąc pięknie wymuskanych
człekokształtnych macha rękoma we wszystkie strony
krzycząc kochaj mnie kochaj i tylko chłód w ramiona
łapią okazje promocje taksówki podwyżki katar sienny
awans syfilis sroki za ogon wiatr w żagle dystans figę
a nasze receptory tak zgodnie reagują na stymulację
temperatury ciał podatnych na wrażenia mechaniczne
przy bezpośrednim fizycznym kontakcie organizmu
z umysłem więc co z tego że miewamy humory
które codziennie wyprowadzają nas z równowagi
jak przy otosklerozie chodzimy pijani to z nerwów
to z zachwytu ja pierdolę kochanie jakie mamy szczęście
że się ze sobą tak synchronicznie starzejemy

w obcym łóżku, w obcym świecie

(...) kiedy doczekacie aż człowiek będzie człowiekowi pomocą,
wspomnijcie nas pobłażliwie
- Bertold Brecht

mogłabym tylko cudzołożyć i żyć cudzym życiem,
i nagle potrafię się tak swojsko wiernić,
wrastać w naszość, nie grając na zwłokę,
bo czas nam ucieka przez każdą szparę
w niebyciu. pozbywam się świadomości
i nieświadomie staję się w tobie
wiosną. wyrosły mi ramiona i potrzeba wyjścia
z nieczułego. więc bądź przewodnikiem
i biegunem, który dopełni mój sens.
zapełnij wszystkie puste miejsca,
które we mnie znajdziesz.
w profundamentum symboli i języków świata,
stańmy się jedną kroplą o tysiącu nowych
myśli i znaczeń, pytań i odpowiedzi
w czasie, którego żadna niepamięć nie dotknie,
dopóki się pamiętamy, dopóki jesteśmy.

(kraj)obraz

popatrz, żółtym liściem wchodzi w nas październik;
już tyle miesięcy próbujesz ukołysać moje myśli.
jest miękko, kiedy babie lato opada na włosy,
wtedy gaśnie strach i budzi się uśpione.
tyle jest obaw, ile nadziei, pamiętaj o dzisiaj,
nie zapominaj o jutrze
. przyjdzie zimno,
nie dajmy mu się rozgościć nawet w dłoniach.
w tobie spokój końca lata, chłód poranków
i południowe słońce. ciepło, tyle ciepła.
we mnie jeszcze majowe burze, wiatr,
nieprzespane noce i połamane drzewa;
pytają: jak ty to wszystko obejmiesz?

polaris

Januszowi
przyjechałeś do mnie wielkim wozem wyprzedziłeś gwiazdy
merak i dubhe tak mocno świeciły nocą w oczy kasjopei
byłeś tak blisko bieguna niebieskiego ale się zatrzymałeś
dla mnie odwróciłeś głowę trochę ci pomogłam zatrzymać
czas kochanie cały rok platoński na nas patrzy i liczy
minuty kątowe do nieba jest przecież tak blisko
ksieżycowi przetnijmy tarczę wybijmy mu zimne
z głowy nie potrafię recytować nawet własnych
wierszy było między nami tyle co w gwiazdozbiorze cefeusza
więc zeszliśmy na ziemię popatrz nic nie mamy w dłoniach
oprócz pyłu gwiezdnego i siebie nam wystarczy do końca
świata jest bliżej niż myślimy więc nie odwracajmy głów
nie przeoczmy alfa ursae minoris trzymając się w ramionach
jak stella maris oświetlajmy naszą drogę do wszędzie

Białystok, 27 września

jesień, księga urodzaju

mój drogi, nie potrzebujemy złotych środków. Mitad del Mundo
jest właśnie tutaj. Wystarczy przystanąć i szeroko otworzyć usta
ze zdziwienia, kiedy w ruchu jednostajnym i prostoliniowym spadają
pod nogi krople i świeże trupy liści. spróbuj wycisnąć kolory z dni
ciemnych i dżdżystych, przy zgaszonej lampie słońca uchwycić
promienie, z bezruchu odczytać taniec — magiczny Efekt Coriolisa,
dlaczego nasiąkamy tak szybko tą życiową, pieprzoną mądrością,
dojrzewamy i milcząco przyzwalamy innym na podgryzanie gałęzi?
bardziej wierzymy w reumatyzm i szkorbut niż we wschodzące
spełnienie marzeń. nie chce nam się nawet wybuchnąć
ze złości. odchylamy ciała ku zachodowi, byle spokój,
a przecież jesteśmy we wnętrzu ziemi. w samym epicentrum
obcych terytoriów, oblodzonych uliczek i tętniących życiem
skrzyżowań zła z dobrem w zdefragmentowanym czasie
teraźniejszym. to ostatnia szansa, kiedy może nam się chcieć.
spójrz, krajobraz traci na ostrości, źrenice odbijają światło.
nie musimy zdobywać szczytów i przekraczać granic ludzkiego
pojęcia; wystarczy zrobić pełny obrót na pięcie i zawrócić
w siebie. przeskoczyć kałuże, rachunki, podatki, zapomnieć
o twarzach, obietnicach i nieważnych gestach. oberwać z ramion
zimne i rozpalić ogień. pomyśl, że dalej już niczego nie ma, wszystko
jest tutaj i teraz. rodzi się szansa na ponowne stworzenie świata.

ulatnianie

na pewno chce być, a ciągle tylko jest
jego. teraźniejszość podpowiada co będzie,
od jutra zapowiadają opady.
jej obraz zacznie się rozmywać. powinien zapamiętać,
zanim straci kontury, może ją przecież zapisać
chociażby w pamięci telefonu:
ukochana kobieta (i tu numer), wyświetli się
jako mgła, ledwo zapamiętana w dłoni wilgoć.
o świcie – ewaporacja. para. lotnia.

paralelizm, połączenie wielu

ubiera ją w obce słowa, przywłaszcza i kształtuje na podobieństwo
zdeflorowanych dawniej dziewic, niepokornych żon i młodych kochanek.
prośby zamienia w żądania – ma być piękna i święta, młoda
i na żądanie: dochodzić do sedna, zamykać usta, rozumieć bez słów.
więc staje się niema, lecz nieposłuszna w swoim marnym puchu,
łamie żelazne zasady, wypuszczając na wolność coś, co w niej mieszka,
nawet wtedy, kiedy cisza podchodzi do gardła i rośnie w ustach,
potrafi wypluć knebel, zwymiotować krzykiem.

odczarowanie wiosny

wiosna znowu mnie namawia żebym uwierzyła w życie po śmierci będzie nieskończenie wiele czasu na wiarę większą niż świadectwa rozczarowani...