środa, 11 marca 2015

ulewa

wszelka niezależność jest szczęściem, w każdej zależności od innych tkwi smutek.
- Patrul Rinpocze

mi się prawdą. prosto pod nogi mężczyzn
spluwam. z premedytacją przechodzę linie
ich życia. dają się nabrać na czubek
widelca, języka, góry lodowej. wchodzą,

kończą się. we mnie z każdą minutą
coraz więcej z kominiarza. więc szukali
guzika, ostatniej deski. ratunku! - krzyk,
a ja ich wtedy z uśmiechem z zimną wodą w kiblu.


środa, 25 lutego 2015

zachwiane obyczaje



chwilowo zamieszkuję w świętokrzyskim,
postkomunistycznym. bloku, radz, jak kraj rad
- cztery pietra, cztery ręce, za ścianami uszy
za uszami pejsy i dach. au, widać niebo,

zbliża się burza. z ruskich filmów
księżyc zahacza o komin, umiera
na kaca. jakaś podstarzała dziwka
z opadniętymi pośladkami w legginsach

szuka. kto wie czego? poklasku? klaps
w dupę, koniec sceny. siada rozkrakiem,
przy domofonie zapomina kodu dostępu
do klatki, do siebie. nie ma powrotu.


niedziela, 8 lutego 2015

zejście do skłonu


było strome. wzgórze,
z którego leciałam na łeb
i szyję kochanka.
przegryzałam książką. czas?

jego nie było, do dziś nie ma
wolnego stolika. też mi się zachciało.
miejsca są wrażliwe na odjazdy,
w których dotąd pełno muzyki

na stacjach.

ludzie myslą, że pociąg do snu
to prawda. jestem cholernie przytomna,
nie odwracam się, nie mrugam
nawet wtedy, kiedy mnie wywożą
nogami do wiersza.


burżuazja bez uroku

bawię się w dyskrecję, rzucam 
urokiem - niech się potoczy 
pod nogi etykiety. kilka trzepotów rzęs
w stronę buñuela. niedyskretne puszczenie oczka

zachęci go do obiadu. nienaganna gra.
nie dopuszczam do tremy podczas brania do ust 
pożywienia. jest dużo 
głodnych oczu. więcej niż żołądków. 

udaję, że mylę sztućce, przechytrzam reżysera
i śnimy we śnie. wydarza się więcej niż
w ogrodzie. można zaspokoić żądze
i szybko opuścić sukienkę,

zmienić scenę, kochanka, maniery.
obudzić się. z uśmiechem
wyjść z kina i wystrzelać
współtowarzyszy obiadu.


wtorek, 3 lutego 2015

dreszcze



staję twarzą w twarz z zimnem, dobrze mi
tak. mam oszroniony uśmiech.
między nogami - szadź znika. na samą myśl
o spadających soplach, tnę. powoli,

żebyś się przyzwyczaił do mrozu
na szybach. we mnie pełno martwych
kwiatów. mówiłam, nigdy nie przynoś
wody w ustach zanim się nie staniesz

stalaktytem. nazwałam cię i łapię
za gardło i na gorącym uczynku
parujesz. pomiędzy palcami zaglądam
w przerębel. powoli zakładam przynętę

ostrym wzrokiem.
nakłuwam nową rybę.


piątek, 30 stycznia 2015

zaproszenie od hössa /wyliczanka/


proszę wchodzić gęsiego
rozebrać się z piór i paniki w oczach
zwątpienie?
no to kulka w łeb
za czerwonym domkiem szast-prast 
chciałeś żydzie?
masz
stosy ludzi ziemia pomieści
raz dwa trzy
teraz liczysz ty
na złote koronki
obrączki pierścionki
jednym wyjściem dymi
birkenau birkenau
i czyj bóg go chciał?
na kogo wypadnie
ten się przyzna
i bęc

by Affidavit signed by Rudolf Hoess on May 14, 1946

piątek, 23 stycznia 2015

zupełnie



nie znam się na stosunkach
międzyludzkich w paryżu
zachodzę w ciążę i tracę zaufanie
u Veil podziwiam stoickość

przy usuwaniu ciąż też nie mrugam
przy pisaniu wierszy
częściej towarzyszy mi śmierć
babki anieli już nie ma

i to może dobrze
że nareszcie nie będzie wychowywać
swojej córki agnieszki
i mojego ojca

nie ma i mnie też nie będzie
każdy umiera jak chce
lub nie dziedziczy życia
w trumnie bądźmy piękni

najlepiej w sukienkach od komunii
w pierwszych garniturach
gorzej się umiera w śpiochach
dziecko potrafi siedem razy

na rękach noszę niecierpliwość
poza tym istnieję nienormalnie
zakochana bywam rzadko
więc sama pochylam głowę

nad grobem wszelkich miłości
i ziemi obiecanej
takie tam czcze gadanie ojca
nie uważałam za człowieka

odczarowanie wiosny

wiosna znowu mnie namawia żebym uwierzyła w życie po śmierci będzie nieskończenie wiele czasu na wiarę większą niż świadectwa rozczarowani...