poniedziałek, 27 lipca 2015

wychodź z tego auschwitz

Halinie Birenbaum, "15 letniej staruszce"

chociażby na ulicę i powiedz mi głośno
to, czego nie przełożysz w żadnym translatorze,
bo język nie jest giętki. ułóżmy się w babel,
potulnie bóg nas prosi. na stos? ja nie idę.
żadnej gilotyny nie życz nam panie śnięty,
gdzieżbyś mógł, naznaczony zaimkiem pytajnym
śmiał tłumaczyć cuda, kórychś sam nie posiadł,
naznaczywszy ludzi całą hańbą świata.
obróćmy się nagle o te wszystkie stopnie,
których sama nie zliczę, nie śmiem iść po wodzie.
kiedy próbuję stąpać, to nic się nie dzieje.
wybaczam, że cię nie ma. i tak przeżyjemy.

http://www.ksiegarnia.e-oswiecim.pl/halina-birenbaum-nadzieja-umiera-ostatnia.html

niedziela, 14 czerwca 2015

ostatnio

choruję, więc często zaglądam do sieci, w której puszczają oka
od starzejących się bezzmarszczkowo. dojrzałych kobiet i mężczyzn
ubywa. zdrowego rozsądku za grosz. coraz więcej bóstw;
nygusów chytrusów, wszystkich wziętych, matek wąskich. w pasie

brakuje mi dziurek, bo przytyłam od złudzeń, że się zmieni
cokolwiek. napiszę. zostanie użyte przeciwko mnie. panienki
z klimakterium, chłopcy z andropauzą - modlę się za was.
w imię suchości pochwy, zaburzeń erekcji. w końcu

wypada się starzeć.

fot. Le baton de Vieillesse, Alain Marbezy

środa, 10 czerwca 2015

znowu

dwudziesta pierwsza. wieczór. tak już od pół roku;
ta sama kawiarenka, lampka wina. kelner
z nienagannym uśmiechem czeka, aż wyjdziemy
z lokalu albo z siebie. jest mu wszystko jedno

czy coś jeszcze słyszymy, czy jesteśmy ślepi,
być może zna nas lepiej, niż my sami. znamy
to na wylot. czas na mnie. przecież tyle razy
spotykałam mężczyznę, który stał się obcy

tuż nad ranem. nakłuwam widelcem pain perdu,
twoje gardło; przekręcam z nadzieją, że bez słów
się obejdzie. czasem świat z każdej strony krzyczy
mi do ucha: czeka cię wieczne wyziębienie.


poniedziałek, 25 maja 2015

w najgorszym śnie dochodzę

a tam morze czerwone i pełno rozstępów
na biodrach najświętszych panienek,
produkujących chałupniczo wyż demograficzny

na zlecenie. nie umiem żyć
w trybie awaryjnym. zawracam i rozpalam ogień
w sobie, jedyny ogarek oświaty
gaszą mi kropidłem.


niedziela, 17 maja 2015

z książeczki życia marty es

marta ma zadbane mieszkanie, dzieci, cerę. od niedawna
raka. jeszcze nie wie, jeszcze wiesza pranie, na byłym mężu
- psy. coś wyczuwają zwierzęta; kiedy się szwendają
pod nogami marty, liżą po łydkach, spuszczają łby.

w dugiej strofie marta zamyka się w sypialni,
w sobie. szuka wytłumaczenia, błędów. nie wierzy
w zmartwychwstanie, żywot wieczny. cuda i dziwy
zdarzają się innym. spektakularne powroty do zdrowia,

nawrócenia. można czekać nadaremnie, lepiej działać
inwazyjnie. pozbyć się komórek rakowych. myśleć
trzeźwo. ocenić sytuację, zaplanować zabieg, zapewnić
przyszłość, jeśli nie sobie, to dzieciom, psom.

po roku marta wygląda przez okno, żegna się z dziećmi
świadomie z daleka, żeby nie czuły zapachu rozkładu
życia. mało zostaje, kiedy się traci mieszkanie,
dzieci, psy i włosy. marta ma raka, metalowe łóżko,

naczynie w kształcie nerki i przypiętą do łóżka kartę choroby,
na której w piątej strofie - znudzona cudzym umieraniem
pielęgniarka, napisze od niechcenia: marta nie miała raka,
bo to rak miał martę od początku. było wiadomo.

fot. Vincent Garge

o kopciuszku

przyszła na bal panna
młoda, piękna, głupia
niby. w białych pantofelkach,
a stopy jej krwawiły.
na specjalną okazję - usta w ciup,

(od ośmiu tygodni nie miesiączkowała),
a ty, głupi królewiczu zostałeś pantoflarzem,
nazwiskiem dla bękarta,
zachciało ci się dupy,
a ona wcale nie przebierała.

Zdjęcie: Joanna Sikora, Make Up: Elka Ziółek, Modelka: Bambi

czwartek, 14 maja 2015

negatywnie

nie wierzymy w boga, ale jesteśmy dobrzy
w odtwarzaniu postaci fikcyjnych. na zdjęciach
wszystko. czarno białe-charaktery, pismo
śnięte między nami. pokój naszym duchom

potrzebny, najlepiej na godziny. opłata
z góry za odpłynięcie krwi. i jest wylewnie,
chociaż szczytowanie nie jest żadnym szczytem,
kiedy świadomie mamy ciągle puste ręce.

spójrz pod światło, w negatywie wycięłam ci numer;
mam zwiędnięte warkocze, białe usta z chłodu.
kamienny wyraz twarzy studiowałam długo,
do perfekcji. staliśmy się martwą naturą.


sobota, 25 kwietnia 2015

ósmy dzień z siedmiu. przebudzenie

czeka na werandzie i wabi rześkim powietrzem.
nikt nie zauważył, że nocą padało.
radio donosi o burzy. w sypialni
sztorm ucichł; na otwartych wodach pościeli
pozostałości po szkwale.
dryfujemy w zapachu kawy.


- w naszych włosach resztki wilgoci – mówisz -

czas osiąść na mieliźnie, wyrzucić kompas.


czwartek, 23 kwietnia 2015

coś jest na rzeczy

kiedy leżę w wannie i stygnę 
całkiem świadomie. pozbawiam się makijażu, ciepła,
ciebie. straciłam już dawno nerwy
do nauki o życiu w rodzinie.


zatapiam głowę i puchnę. od wewnętrznych konfliktów
spada mi temperatura ciała.
podwiązuję niebieskie migdały i zmyślam
ostatnie życzenie. 


zostać balonem i najzwyczajniej pęknąć,

chociażby ze śmiechu.

fot. daria endresen

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

wpiekłowstąpienie



jest wielka niedziela, burza wisi w powietrzu,
jezus chrystus nad drzwiami. przed wejściem do domu
lepiej się przeżegnać. trzy pokoje i wojna
zawieszona na chwilę spożywania paschy.

przy stole stworzyciel skacowany piekielnie,
liczne stadko baranków niebiańsko cukrowych,
oraz ona - panna za dziesięć dni brzemienna
znowu. pięćdziesiątnica i jajeczkowanie.



Fragment witraża z Notre Dame

środa, 25 marca 2015

w poczekalni



sami figuranci chorzy na nadmiar czasu
i bóle fantomowe po zmarłych małżonkach.
ledwo wiążą ścisłe diety. w woreczkach żółciowych
odkładają drobne, liczą na czarną godzinę.

dziesięć krzeseł zajętych, ja jedenasta, więc zdrowa
sztywno stoję i zaciskam pięści, zębów się boję,
mam jeszcze swoje postanowienie, więc czekam
w kolejce z numerkiem trzynaście. w oczach

ciemno. z bólu popuszczam w jedwabne majtki,
nikt mi tam dzisiaj nie zajrzy. klnę w duchu
lecz chyba słyszą, bo krzyżują na mnie spojrzenia
back projection - a pani na co choruje?

- na jajco - odpowiadam grzecznie.


latam



coraz niżej, a wiec będzie padać. każdy
na twarz. porcje kamuflażu
sprzedałam za grosze. wodogłowie ojca
do dziś się odbija żółcią i echem.

chwilami załamuje się nerwowo;
nawet pod światło nie widać,
zręcznie się podszywam
pod wiatr. razem z wiosną wwiewam

przez serce do żołądka. rosnę
w ustach. staję się trucizną,
musisz włożyć palce głęboko
do gardła. mogę skoczyć

jeśli mnie nie zwrócisz.


środa, 11 marca 2015

podsumowanie twórczości własnej

krytycznym okiem rzucono na fakt pisania
wprost. przyznaję się do wiecznego burdelu w torebce,
do prezerwatyw w szufladzie biurka
też (na wszelki wypadek). nie powiem, co robiłam

jeszcze. ostatnim razem, gdy czytałam bzdury,
narzygałam krytykowi do teczki. nie zaglądam
w poszukiwaniu piątej klepki, nie klepię
pierdół, nie daję dupy. nie robię plam.

fot radiantskies

ulewa

wszelka niezależność jest szczęściem, w każdej zależności od innych tkwi smutek.
- Patrul Rinpocze

mi się prawdą. prosto pod nogi mężczyzn
spluwam. z premedytacją przechodzę linie
ich życia. dają się nabrać na czubek
widelca, języka, góry lodowej. wchodzą,

kończą się. we mnie z każdą minutą
coraz więcej z kominiarza. więc szukali
guzika, ostatniej deski. ratunku! - krzyk,
a ja ich wtedy z uśmiechem z zimną wodą w kiblu.

fot. Max Art

środa, 25 lutego 2015

zachwiane obyczaje



chwilowo zamieszkuję w świętokrzyskim,
postkomunistycznym. bloku, radz, jak kraj rad
- cztery pietra, cztery ręce, za ścianami uszy
za uszami pejsy i dach. au, widać niebo,

zbliża się burza. z ruskich filmów
księżyc zahacza o komin, umiera
na kaca. jakaś podstarzała dziwka
z opadniętymi pośladkami w legginsach

szuka. kto wie czego? poklasku? klaps
w dupę, koniec sceny. siada rozkrakiem,
przy domofonie zapomina kodu dostępu
do klatki, do siebie. nie ma powrotu.


sobota, 7 lutego 2015

zejście do skłonu


było strome. wzgórze,
z którego leciałam na łeb
i szyję kochanka.
przegryzałam książką. czas?

jego nie było, do dziś nie ma
wolnego stolika. też mi się zachciało.
miejsca są wrażliwe na odjazdy,
w których dotąd pełno muzyki

na stacjach.

ludzie myslą, że pociąg do snu
to prawda. jestem cholernie przytomna,
nie odwracam się, nie mrugam
nawet wtedy, kiedy mnie wywożą
nogami do wiersza.


burżuazja bez uroku

bawię się w dyskrecję, rzucam 
urokiem - niech się potoczy 
pod nogi etykiety. kilka trzepotów rzęs
w stronę buñuela. niedyskretne puszczenie oczka

zachęci go do obiadu. nienaganna gra.
nie dopuszczam do tremy podczas brania do ust 
pożywienia. jest dużo 
głodnych oczu. więcej niż żołądków. 

udaję, że mylę sztućce, przechytrzam reżysera
i śnimy we śnie. wydarza się więcej niż
w ogrodzie. można zaspokoić żądze
i szybko opuścić sukienkę,

zmienić scenę, kochanka, maniery.
obudzić się. z uśmiechem
wyjść z kina i wystrzelać
współtowarzyszy obiadu.


wtorek, 3 lutego 2015

dreszcze



staję twarzą w twarz z zimnem, dobrze mi
tak. mam oszroniony uśmiech.
między nogami - szadź znika. na samą myśl
o spadających soplach, tnę. powoli,

żebyś się przyzwyczaił do mrozu
na szybach. we mnie pełno martwych
kwiatów. mówiłam, nigdy nie przynoś
wody w ustach zanim się nie staniesz

stalaktytem. nazwałam cię i łapię
za gardło i na gorącym uczynku
parujesz. pomiędzy palcami zaglądam
w przerębel. powoli zakładam przynętę

ostrym wzrokiem.
nakłuwam nową rybę.


czwartek, 29 stycznia 2015

zaproszenie od hössa /wyliczanka/


proszę wchodzić gęsiego
rozebrać się z piór i paniki w oczach
zwątpienie?
no to kulka w łeb
za czerwonym domkiem szast-prast 
chciałeś żydzie?
masz
stosy ludzi ziemia pomieści
raz dwa trzy
teraz liczysz ty
na złote koronki
obrączki pierścionki
jednym wyjściem dymi
birkenau birkenau
i czyj bóg go chciał?
na kogo wypadnie
ten się przyzna
i bęc

by Affidavit signed by Rudolf Hoess on May 14, 1946

piątek, 23 stycznia 2015

zupełnie



nie znam się na stosunkach
międzyludzkich w paryżu
zachodzę w ciążę i tracę zaufanie
u Veil podziwiam stoickość

przy usuwaniu ciąż też nie mrugam
przy pisaniu wierszy
częściej towarzyszy mi śmierć
babki anieli już nie ma

i to może dobrze
że nareszcie nie będzie wychowywać
swojej córki agnieszki
i mojego ojca

nie ma i mnie też nie będzie
każdy umiera jak chce
lub nie dziedziczy życia
w trumnie bądźmy piękni

najlepiej w sukienkach od komunii
w pierwszych garniturach
gorzej się umiera w śpiochach
dziecko potrafi siedem razy

na rękach noszę niecierpliwość
poza tym istnieję nienormalnie
zakochana bywam rzadko
więc sama pochylam głowę

nad grobem wszelkich miłości
i ziemi obiecanej
takie tam czcze gadanie ojca
nie uważałam za człowieka

czwartek, 22 stycznia 2015

leżysz

Myślałam, że dawno umarłeś, ale 
gdybyś był martwy, albo przynajmniej snem, który się wypełnił,
twoja twarz wyglądałaby inaczej - A. Zbierska



jak nieżywy koło mnie zaległo się zimno,
na ustach jeszcze posmak 

dobrego

nigdy nie dosyć, a i tak się kończy
happy endem dla jednej ze stron

nie ma powrotu. zdecydujemy się?
ale wtedy musiałbyś obudzić się i żyć,
a tak, tkwimy we własnym kirkucie.

wychodzę z siebie, nie składam kości
ani przysięg małżeńskich na wiatr.

photo by corinne mainse

poniedziałek, 19 stycznia 2015

ostateczne rozwiązanie

jest takie, że idę dobrowolnie.
pod bramą robi mi się słabo
od zagłady. bolą mnie zęby
i strzyka w kościach

żłobię zakazaną piosenkę
aż po mierzeję wiślaną,
dostaję depresji
i spadam poniżej morza.

zaglądam do komory,
a tam - cztery tysiące z cyklonem
na ustach. otto knott
śmieje się do rozpuku,
kiedy czyszczę latrynę

ze smrodu. rozpacz
wpada w kratkę.
i ja tą rynienką.

Stutthof (KL)

piątek, 9 stycznia 2015

szukają mnie



za całą laickość przyjdzie nam zdechnąć
jak szczurom odetną łeb i wszystkie media

dżihad

czy ktoś wierzy że wygra
ze mną się nie da pertraktować
można tylko wygryźć prawdę
z podniesionego palca

nie

krew zaleje świat
tylko litery powiedzą prawdę
nie z mojej winy czerwoną


czwartek, 8 stycznia 2015

nie cierpię


udaję że wszystko jest w porządku 
można zwariować więc nie układam klepek fanatykom 
strzykam śliną prosto w kałasznikowa

nie ma boga
nie ma boga 
nie ma boga

cóż za piękny trójwers 
jeśli trójca przeczyta to umrę 
ze śmiechu na placu republiki
nie składam obietnic ani broni ze słów

to za nie obraża się jehowa
allāh i cała reszta fantastycznych postaci
ulatuje mi z ust w środę razem z charlie hebdo
a ci obcy mi prosto w łeb maszallahiem

wypływa ze mnie człowiek na zawsze
powiadam wam nie wierzcie
we wszystko co usłyszycie

poniedziałek, 5 stycznia 2015

cofanie licznika, zerowanie ludzkości


nareszcie idzie ludzkość cała
nareszcie każdy trafił w krok - Zbigniew Herbert

nikt nie trafia w krok.
brak wyczucia nas sprowadza
do jednego mianownika. na kolana!
krzyczę. nikt mnie nie słucha,
każdy brnie do przodu.

na łeb, na szyję się zaklinam;
wycofam się z dekantyzmu,
wrzucam na wsteczny,
a tam morze trupów.

śmieje mi się w twarz
eliza orzeszkowa.
melacholikiem uderza o maskę.

sienkiewicza

nie pytajmy,
nie ma żadnego dogmatu,
skoro quo vadis powstał.

dla jaj

się zabijamy. panie herbert,
wszystko miało być piękne,
a my, psychicznie skrzywieni
jak z bajki. do tego ruskiej.

niedziela, 4 stycznia 2015

erotyk w zamyśle


"annie aime les sucettes, 
les sucettes à l'anis" - serge gainsbourg 

i kto by pomyślał że o lizakach
w sześciesiątym szóstym będą pisać
o skandalu. zawsze jest głośno
a powinno po cichu spływać

do gardła

wkładam palce i zwracam
całą rzeczywistość
niech szlag trafi
ten anyż


piątek, 2 stycznia 2015

ballada o peplos



staję się w sparcie i jestem wyuzdana
z więzów zostaje fastryga

a więc się fałduję na greczynkę
jestem pożądana przez luigi magii

i mądrzejsza o pare wieków
ukrywam fakty zakładając szaty

staję się paryską pompeją
w myślach mam piąty wiek

przed naszą erą było łatwiej
rozebrać się się z miłości



fot, by jeremi lascou "anna czyta"  :P

hellenizm



między mną a tobą
całe morze artefaktów

nam zwymyślali
a przecież to prawda

kiedy śpisz
piszę wiersze po tobie

spływa każde słowo
i zmienia się w harmonię


stygmaty

budzę się, a tu kurwa ciemne średniowiecze
wpycha święty zarodek przez otwarte usta
ze zdziwienia omdlewam, aż tu czuję - józef
z nazaretu. już nie ma ucieczki na wolność.

zamykają mnie w pierdlu. klawisze - trzech króli
grożą mirrą, kadzidłem, zamieniają w złoto
każdą owulację. urodzisz to dzieciątko,
i nadasz mu imię. najświętsza inkwizycjo,

przypomnij mi chociaż berrugete'a lub brescii,
niech przywiążą do pala, bo krzyży nie znoszę.
ech, zbyt wątłe ramiona. zasypiam na bellville,
edith piaf do snu nuci ustami kochanka

- 'a quoi ça sert l'amour' i co mam odpowiedzieć,
kiedy we mnie owoc żywota twojego? nie,
nikt sobie z tym przypadkiem nigdy nie poradzi.
ekskomunika straszy, a okno otwarte.

fot. rozpuszczanie strachu by jeremy vasco

czwartek, 1 stycznia 2015

posylwestrowy dialog senny

nowy rok, sylwester, a pan bóg się boczy
- spadaj - mówi do mnie - już się nafruwałaś.
coś pan - pytam - masz kaca? nie będę pikować
w jakiś dwutysięczny, do tego piętnasty.

- mąż, czy żona - pyta - boże, sama nie wiem,
mylę się w rachunkach, oby ładnie grali
i pod mendelssohna tańczyli kankana,
niech mnie nikt nie wkurwia, niech mnie nikt nie wkurwia.

robię wzrok, no wiecie, ten, co może zabić,
a bóg sobie nic z tego i popycha z okna
mansardy na montmartre. lecę, śpieszy mi się,
niech mnie nikt nie wkurwia, niech mnie nikt nie wkurwia.

zapomniałam futra, zimno mi w ramiona,
lecę, ciągle lecę. wpadłam do taksówki
- niech mnie pan nie wkurwia, bo się bardzo śpieszę,
kurs na joinville proszę. i się obudziłam.

nie ma boga przede mną, na mnie nie ma futra,
we mnie kac, nie moralny, takich już nie miewam.
pierwszy stycznia - żałoba, a tu czas wesela,
więc niech nikt nie wkurwia żadnej anny młodej.